Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 maja 2013

Co w TV piszczy

Nareszcie! Nareszcie mogę do Was napisać, mój laptop po tygodniu wrócił z naprawy, a ja wróciłam z upalnego weekendu nad jeziorem :) Wprawdzie tydzień to nie wieczność, ale podczas "nieobecności" komputera mogłam zaglądać na Wasze blogi tylko z doskoku, a bardzo chciałam nadrobić zaległości. Nie mogłam też napisać kolejnego posta. Natomiast korzystając z nieswojego, choć co prawda maminego komputera, czułam się zdezorganizowana. Jednak co swoje to swoje :).
Dzisiaj i wczoraj pomimo słońca na dworze, byłam zmuszona zostać w domu - przeziębiłam się. Teraz kuruję się domowymi metodami i mam nadzieję, że szybko mi przejdzie, bo nie chciałabym spędzać nadchodzącego lata w czterech ścianach. 
A w dzisiejszym poście trochę, powiedzmy, nowinek. Nie będą to żadne świeże nowinki, ale raczej nowinki u mnie :) Co poznałam, obejrzałam, zaciekawiło mnie podczas mojej dwumiesięcznej nieobecności na blogu. Garstka opinii i spostrzeżeń.
Zacznijmy od telewizji, która tak na prawdę chyba zdominuje ten post :).

*

Jakiś czas temu, bodajże miesiąc, telewizja AXN wypuściła serial pt. Hannibal inspirowany postacią Hannibala Lectera oraz Willa Grahama z serii książek Thomasa Harrisa (przede wszystkim Czerwony smok). Twórczość Thomasa Harrisa oraz ekranizacje jego książek o kultowym już seryjnym mordercy zjadającym swoje ofiary, Hannibalu Lecterze, są pewnie dobrze znane wielu z was. Teraz zagościł również mniejszym ekranie, w nieco zmienionej wersji.
Zainteresowałam się serialem kiedy oglądając kanał AXN zobaczyłam jego zwiastun. Miał on wejść na antenę telewizji tego samego dnia (zaledwie tydzień po premierze w Stanach Zjednoczonych). Następnie została nadana informacja o konkursie dotyczącym postaci Hannibala. Zadaniem konkursowym było stworzenie jego portretu psychologicznego na podstawie kilku odcinków. Konkurs zaciekawił mnie, toteż na próbę obejrzałam pierwszy odcinek. Pilot okazał się naprawdę interesujący, postanowiłam więc połączyć przyjemne z pożytecznym (a może przyjemne z przyjemnym?) i wziąć udział w konkursie. Byłam oczywiście świadoma, że portret takiego geniuszu jest arcytrudnym zadaniem, dlatego nie nastawiałam się na wiele, ale chciałam wykonać zadanie najlepiej jak potrafię, sprawdzić samą siebie i nie poddawać się z góry stwierdzając marne szanse, a później żałować, że nie wiadomo co stałoby się gdybym jednak wysłała swoją pracę. Żadnego miejsca nie zajęłam, ale nie żałuję :). Dzięki takiej akcji promocyjnej serialu (jak widać skutecznej) miałam szansę poznać bardzo dobry serial, który już teraz oceniam bardzo wysoko.
Główne postaci, zarówno Hannibala jak i Willa Grahama (bardzo dobrze odegrane przez Madsa Mikkelsena oraz Hugh Dancy'ego), a także poboczne postacie stanowią świetny materiał do analizy, jednak producenci serialu nie poprzestali tylko na tym. Każdy odcinek to kolejna historia seryjnego mordercy obalającego przyjęte dotąd motywy. Wszystko to sprawia, że możemy przyjrzeć się bliżej złożoności ludzkiego umysłu i naszym zachowaniom. Niestety nie miałam jeszcze szansy zapoznać się z twórczością Thomasa Harrisa, jednak z opinii, które czytałam, serial to wersja znacznie różniąca się od oryginału. Przedstawia nową twarz Hannibala Lectera. Wiem, ze wielu osobom to nie odpowiada jednak ja uważam, że należy odebrać to jako nową interpretację, odbiegnięcie od utartych wzorców. To serial o mrocznym klimacie, przeznaczony dla widzów o mocnych nerwach. Tych z Was, którzy takie posiadają serdecznie zachęcam do zapoznania się z tą produkcją.

*

Trzy dni temu odbył się 58. finał  Konkursu Piosenki Eurowizji (ESC). Nie wstydzę się przyznać, iż jestem ogromną fanką tegoż konkursu. Wiem jak wiele osób naśmiewa się z niego i zdaję sobie również sprawę z tego, że większość piosenek jest naprawdę słaba. Jednak to wcale nie powstrzymuje mnie przed śledzeniem przebiegu konkursu z uporem maniaka. ESC ma swój własny, niepowtarzalny klimat. Tworzy jakby inny rodzaj muzyki. Kilka razy zdarzyło się, że słyszałam pewne piosenki i stwierdzałam, że brzmią "eurowizyjnie". Nie da się przyrównać tego do tradycyjnego popu ani innego rodzaju muzyki. I uważam, że nie należy podchodzić do tego zbyt poważnie. Dla mnie muzyka to emocja i należy jej się po prostu poddać, nie zastanawiając się nad jej walorami. Jeżeli przynosi ona radość to nie należy się przejmować tym czy jest dobra, czy obciachem jest jej słuchać. Oczywiście zdarzają się piosenki okropne nawet dla mnie, przy których tylko czekam aż miną. Jednak przy innych, po prostu się bawię. Uwielbiam Eurowizję za tę niepowtarzalną atmosferę, która sprawia, że wszystkie kraje się jednoczą. Pomimo, że stopień rywalizacji jest ogromny, wszystkich łączy miłość do muzyki. Publiczność to ludzie będący fanami ESC od wielu lat i nawet oglądając konkurs na małym ekranie można odczuć wypełniającą ogromną halę radość i ekscytację. Wiele bym dała by znaleźć się pośród tych ludzi. Zawsze z utęsknieniem oczekuję na kolejny finał - kto wygra, kto będzie moim faworytem, jak poradzi sobie państwo z poprowadzeniem uroczystości itd. Szkoda, że już kolejny raz (2 rok) Polska nie bierze udziału w tym wielkim przedsięwzięciu. Choć nasze ostatnie piosenki nie były zbyt dobre to jednak zawsze można było mieć nadzieję, że tym razem zajdziemy dalej. Uważam, że powinniśmy próbować swoich sił. Wycofanie się jest bardzo złą opcją, ponieważ prowadzi do zapomnienia o tym niewielkim (w skali Europy) kraju jakim jest Polska. Powinniśmy być częścią tego, współtworzyć Eurowizję. Poza tym zrezygnowanie z udziału zmusza wielu fanów do oglądania transmisji na oficjalnej stronie konkursu (na co nie każdy może sobie pozwolić przy wolniejszym łączu internetowym) lub szukania zagranicznych programów telewizji satelitarnej. Ponieważ dla mnie jest to coś bardzo ważnego, korzystam z obu opcji, jednak miło byłoby posłuchać naszego polskiego komentarza, a także mieć szansę oddania głosu. Póki co, wszystko leży w rękach TVP i mam nadzieję, że Polska szybko wróci do obiegu (na co niestety szanse są niewielkie biorąc pod uwagę niechęć realizatorów i to jak lekceważone są prośby ich telewidzów, nie tylko w tej sprawie).
Co do tegorocznego zwycięzcy - Emmelie De Forrest z piosenką "Only teardrops" (filmik powyżej) - duńska piosenka nie była ona moim faworytem, ale podoba mi się coraz bardziej. Z pewnością będzie letnim hitem. Pod względem piosenek generalnie nie było niczego wyraźnie wybijającego się z tłumu, ale całość podobała mi się, Szwecja spisała się bardzo dobrze, a prowadząca Petra Mede była cudowną prowadzącą! Na pewno zapamiętam ją na długo, była nie tylko profesjonalna, ale również zabawna (i nie były to żenujące żarciki), poprowadzenie gali w pojedynkę było świetną decyzją, Petra nie potrzebowała dodatkowego wsparcia. A jej występ podczas finału Eurowizji był wspaniały, z klasą, smakiem i humorem. Niczym z dobrego musicalu. Zwykle oczekując na wyniki głosowania byliśmy świadkiem typowych i nudnych już występów z muzyką, tańcem i sztuką, które nie wprowadzały już nic nowego, stały się wręcz typowym elementem, a tym razem pojawiło się coś co oglądało się z prawdziwą przyjemnością.

*

Teraz coś właściwie z ostatniej chwili. Przed chwilą obejrzałam zwiastun filmu Drugie oblicze ( A Place Beyond the Pines), którego polska premiera odbędzie się za kilka dni. Wydaje się naprawdę ciekawy i przejmujący. Dodatkowo zachęca mnie udział Ryan'a Gosling'a w obsadzie oraz Bradley'a Cooper'a, którego także lubię. Film wydaje się być podobny do Drive, a reklamowany jest jako mocniejszy od niego. Cóż, nie wiem czy tego potrzebuję po Drive i jego krwawych scenach, ale film ten był ciekawym obrazem, silnie oddziaływał na emocje a ten rzeczywiście wydaje się nawet lepszym. A co Wy myślicie o jego zwiastunie?


*

I polska edycja programu X Factor emitowanego na entenie TVN przyniosła kilka lat temu ciekawe talenty, a wybór finalisty pomiędzy Adą Szulc, Genkiem Loską i Michałem Szpakiem wydawał się niełatwy. Były to początki programu w Polsce, wszystko było nowe, świeże i ciekawe. Jednak już II edycja programu podobała mi się nieco mniej, nie miałam szczególnych faworytów, choć byłam zadowolona ze zwycięstwa Dawida Podsiadło, które przyniósł mu występ z moją ulubioną wokalistką Katie Melua. Obecnie możemy oglądać III sezon programu (w niedzielę finał), który dla mnie nie reprezentuje sobą nic ciekawego. Program oglądam spędzając czas razem z rodziną, jednak przyznam, że tegoroczna edycja coraz bardziej mnie nuży. Choć lubię uczestników, żaden z talentów ani specjalnie nie zachwyca, ani nie razi. Poziom jest wyrównany i bardzo przeciętny. Być może moje oczekiwania wzrosły, ale co najbardziej mnie irytuje to zmieniona formuła programu.  Już w pierwszym odcinku na żywo zauważyłam, że wszystko jest bardziej dopracowane, ale nie w sposób dobry, lecz przesadny. Wszystko zostało przygotowane jak pod gotowy koncert danego uczestnika, jak gdyby miał za chwilę wyjść z telewizji i stać się idealnie zaprojektowaną gwiazdą wielkiego formatu. Scenografia i choreografia jest już sceniczna. Da się zauważyć jednak, że jest to kreowanie zwykłego uczestnika programu muzycznego na wielką zagraniczną gwiazdę. Tym samym piosenka nie jest jego własną interpretacją, a zwyczajną kopią. I właśnie tydzień temu kiedy uczestnicy odśpiewali polskie piosenki, zrozumiałam istotę problemu. Wówczas wyszli na scenę jak za dawnych czasów, naturalni, skromni, bez zbędnej przesady, a ich wykony wreszcie zabrzmiały tak jak powinny. Wtedy dostrzegłam, że program zaczął zbytnio wzorować się na amerykańskim oryginale. Zabrakło mu tej "polskości". Co prawda nie mam nic przeciwko piosenkom w języku angielskim i zwykle właśnie takich słucham, jednak program do przesady przesiąkł amerykańską kulturą. Choć Ameryka Północna ciekawi mnie, ciekawią mnie mieszkający tam ludzie i chciałabym ją kiedyś odwiedzić, to jednak branża pozyskiwania talentów muzycznych w Stanach Zjednoczonych czy Kanadzie nie zachwyca mnie. Kilkakrotnie oglądałam amerykańską edycję programu i nie kontynuowałam tego później - wszystko wydawało się przejaskrawione, piosenki wybrane spośród najnowszych hitów, rozhisteryzowani uczestnicy, według których ich życie skończy się kiedy odpadną z programu. Każdy kraj ma własną kulturę i uważam, że należy ją zachować. W Polsce tego zabrakło, zbyt wiele rzeczy przejmujemy z Zachodu...

*

Na koniec chciałabym przedstawić Wam pewną reklamę, która jakiś czas temu wycisnęła z moich oczu łzy. Akurat leciała przed filmikiem na Youtube, zaintrygowała mnie, więc nie przewinęłam jej po 5 sekundach i obejrzałam do końca. To wyjątkowa reklama, niezdominowana przez markę, a skłaniająca do refleksji nad sobą. Naprawdę polecam Wam poświęcenie tych kilku minut na jej obejrzenie. Warto.


*

Pierwotnie miałam jeszcze więcej do przekazania, jednak nie spodziewałam się, że aż tak się rozpiszę :). Wobec tego postanowiłam, że będzie to jedynie część dotycząca telewizji, mediów. Natomiast w kolejnym poście mała recenzja i być może wkrótce pojawi się kolejny post z takiej serii. Dziękuję i podziwiam tych, którzy wytrwali do końca :). Zaznaczam, iż są to moje subiektywne opinie i każdy ma prawo się z nimi nie zgadzać, to tylko moje odczucia. Wobec tego zapraszam do dyskusji i mam nadzieję, że być może zapoznałam Was z czymś o czym jeszcze nie wiedzieliście :).

sobota, 9 marca 2013

Powrót do dzieciństwa

Zawsze uwielbiałam bajki Disneya. To na nich się wychowałam. Byłam tą szczęściarą z szafką pełną czarnych kaset video w kolorowych opakowaniach :). Wystarczyło wyciągnąć kasetę z pudełka i wsunąć do odtwarzacza video by przenieść się w magiczny świat. Choć nie twierdzę, że obecne bajki dla dzieci są złe, to jednak stare bajki Disneya są najpiękniejszymi historiami jakie można stworzyć, niezwykle mądrymi, pouczającymi i wzruszającymi. Uczą nas miłości. Tutaj nie ma granicy wieku, nie ma też żadnych innych barier. To bajki ponadczasowe. I cieszę się, że nie jestem jedyną osobą, która pragnie wychowywać na nich własne dzieci. Chciałabym aby i one poznały ich piękno i mam nadzieję, że nastąpi czas kiedy bajki te zostaną wydane na DVD, a może podobnie jak Król Lew doczekają się swojej "reaktywacji" na dużym ekranie.
A moja podróż do dziecinnych lat zaczęła się od tego oto filmiku :
Trafiłam do niego właściwie przypadkiem, z ciekawości. I zdecydowanie było warto! Bri śpiewa przepięknie, jestem w szoku jak wiele posiada oktaw głosowych idealnie dopasowując się do wybranych charakterów. Już po obejrzeniu tego filmiku byłam przekonana, że byłaby świetną aktorką głosową, a po zapoznaniu się z resztą jeszcze bardziej się w tym upewniłam i mam nadzieję, że się jej to uda :).
Podobne do tego video, które w równym stopniu ukazuje jej umiejętności to piosenka Belli z Pięknej i Bestii.
Akurat Piękna i Bestia nie zapadła mi w takim stopniu w pamięć jak inne bajki, z których wciąż pamiętam wybrane sceny, choć nie oglądałam ich dawno. Są też piosenki z bajek Disneya, które wprost uwielbiam i bardzo chętnie ich słucham od czasu do czasu. Przywołują najlepsze wspomnienia :). I to właśnie te z polskim dubbingiem są dla mnie najpiękniejsze. Wiem też, że wielu obcokrajowców zgadza się, iż polskie wersje są jednymi z najlepszych, z powodu czego czuję się dumna :).

Muszę przyznać, że choć bajki, które lubię najbardziej mają już trochę lat zostałam wychowana na już trochę nowszych bajkach Disneya. Te pierwsze - Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków oraz Kopciuszek (chyba nigdy nie zapomnę tych detali! wciąż jak dziś mam w głowie pomocne myszki ubierające Kopciuszka, wstążki, pantofelek czy wrednego kocura Lucyfera!) - należą do najbardziej znanych i uwielbianych, do moich ulubieńców należą jednak też Pocahontas, Mała Syrenka, Herkules czy Mulan.
 
Bardzo się ucieszyłam kiedy rok temu na castingach do programu X Factor zobaczyłam Beatę Jankowską, polską aktorkę dubbingową, która obdarzyła swoim głosem właśnie Małą Syrenkę. Byłam w szoku, bo zwykle aktorzy dubbingowi są "bez twarzy", nie widzimy ich i nie znamy, kiedy nie są również aktorami filmowymi. Niestety pani Beata nie przeszła zbyt daleko w programie, a szkoda. 
Skoro mowa o Małej Syrence, uważam, że postać Ursuli jest jednym z najlepiej wykreowanych czarnych charakterów (no i może jeszcze fenomenalny Hades z Herculesa!) :) Wciąż pamiętam jej podwodne królestwo. 
 

 I won't say I'm in love w wykonaniu Natalii Kukulskiej jest jedną z moich ulubionych piosenek, choć tym razem nie smutnych, nie sentymentalnych, a utrzymanych w żartobliwym klimacie :). Znam jej słowa na pamięć :D
I moja absolutnie ulubiona - Kolorowy Wiatr w wykonaniu Edyty Górniak.
 Moim zdaniem jest zdecydowanie piękniejsza od innych wersji językowych, nawet od oryginału. Nie pamiętam, która z bajek była w dzieciństwie moją ulubioną - prawdopodobnie Król Lew, którego podobno oglądałam setki razy, lecz gdybym miała wybierać teraz, byłaby to właśnie Pocahontas. Samo wsłuchiwanie się w słowa tej piosenki bardzo na mnie działa. Wystarczy posłuchać by zobaczyć jak wielką wartość posiada ta oto bajka. Morał jaki niesie jest wyjątkowy, niesamowicie prawdziwy i jakże aktualny. To nie tylko historia miłości oraz walki dobra ze złem, ale także miłości do świata, wartości natury, której wielu z nas nie szanuje, myśli tylko o własnych, człowieczych sprawach. 

Natomiast pierwszy filmik Bri Ray przypomniał mi o bajkach, o których zapomniałam. Jest to między innymi Calineczka :) 

Zapomniałam, a przecież też odegrała dla mnie dużą rolę. Wraz z piosenką przypomniały mi się wszystkie szczegóły i cała historia. Pamiętam też, że oglądając bardzo ją przeżywałam, ma w sobie pewien mrok, ponurość, która zawsze mi się udzielała. Po prostu bałam się tego co stanie się z Calineczką i jej księciem, nawet kiedy oglądałam ją po raz kolejny. Jest tutaj mnóstwo, bardzo nieprzyjemnych czarnych charakterów i to takich, które nie bawią, ale irytują i odrzucają. Ale nie uważam tego za coś złego, przeciwnie, podoba mi się to, że tak silnie zapamiętałam własne uczucia związane z filmem. 
Nawet ostatnia scena jest nieco niepokojąca... Z początku pozbawiona nadziei na szczęśliwe zakończenie, ponura, smutna. Warto też wiedzieć, iż nie jest to bajka Disneya. 
Bardzo podoba mi się odwołanie do religii w Dzwonniku z Notre Dame, choć oczywiście nie zwracałam na to uwagi w dzieciństwie. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że film powstał na podstawie książki Victora Hugo Katedra Marii Panny w Paryżu. Aktualnie czytam Nędzników tego samego autora (po obejrzeniu musicalu postanowiłam sięgnąć po książkę) i tutaj również wszystko toczy się wokół Boga. Podobają mi się spostrzeżenia pana Hugo oraz jego styl, a że Katedrę Marii Panny w Paryżu w domu posiadam i gorąco polecał mi ją mój tata jako niezwykle wzruszającą, toteż na pewno przeczytam ją tuż po Nędznikach.

Oglądając te wszystkie filmiki uświadomiłam sobie, że niemal w każdej bajce Disneya główna bohaterka to krucha, bezbronna dziewczyna marząca o swoim księciu, który pojawi się na białym koniu i wyrwie ją z ciężkiego życia, aby zamieszkać w królestwie wolnym od problemów. I przyznam, że jeśli ktoś sceptycznie nastawiony ogląda te bajki po raz pierwszy, mógłby to skrytykować. Ja jednak, choć też nie przepadam za takim modelem kobiety i uwielbiam czytać o kobietach wyzwolonych, zdecydowanych, pewnych siebie i samodzielnych, to jednak lubię ten element w bajkach. Bo czy skoro wokół siebie mamy na co dzień tak wiele wyuzdania i przesadnej pewności siebie, to czy musimy dostrzegać to również w bajkach skierowanych do dzieci i dorosłych? Właśnie tutaj jest to piękno, ukazanie delikatności kobiety. A przecież w disneyowskich bajkach mamy też dziewczyny, których jedynym celem w życiu niekoniecznie jest miłość. Dajmy na to Mulan, Pocahontas czy ironiczną Megarę (Herkules).

To niesamowite jak wiele elementów przypomniało mi się wraz z pisaniem tej notki. Dosłownie najdrobniejsze szczegóły, które w tamtym czasie musiały wywrzeć na mnie ogromne wrażenie. Co jest ciekawe, bo przecież nawet nie pomyślałabym, że dziecko może przywiązywać wagę do takich drobnostek jak np. sposób układania się materiału sukni. Chciałabym wkrótce zrobić sobie taki maraton bajek Disneya :). Ciekawe jakie wtedy będą moje odczucia. Ale wiem, że na pewno się nie zawiodę, ponieważ wciąż są one żywe w moich wspomnieniach.
A jakie są Wasze ulubione bajki?

sobota, 2 marca 2013

Trochę o Oscarach

Witajcie kochani! Jak Wam mija weekend? Ja spędzam go leniwie - postanowiłam odstresować się, nie myśleć o sprawach bieżących, po prostu wypocząć nie planując nic konkretnego. I jak na razie dobrze mi idzie :). Budząc się przywitało mnie słońce, po raz pierwszy od dłuższego czasu jego promienie towarzyszą nam przez cały czas. Cieszę się, że pojawiły się pierwsze zwiastuny wiosny, choć ja czułam ją w powietrzu już od pewnego czasu, nawet kiedy jeszcze padał śnieg :).
 Sobotnie porządki już wykonane, więc teraz można już tylko wypoczywać :). Na pewno z książką i w blogosferze, a wieczorem planuję obejrzeć popularny ostatnio Poradnik pozytywnego myślenia. I nawiązując do Poradnika... nominowanego w 8 kategoriach do Oscarów, przejdę do samego rozdania Oscarów, które jak wiadomo, odbyło się niecały tydzień temu. Osobiście, z nominowanych filmów oglądałam jedynie Les Miserables (nominowany w 8 kategoriach) i Niemożliwe (nominowana aktorka pierwszoplanowa Naomi Watts). Mimo to z roku na rok staję się coraz bardziej zainteresowana tematem ceremonii, choć co poniektórzy mówią, że staje się ona z roku na rok nudniejsza. Trudno się dziwić, kiedy każdego roku możemy zobaczyć osobistości z najwyższej półki (jak w tym roku Michelle Obamę) i coraz wymyślniejsze atrakcje. Z czasem ciężko jest to przebić, dlatego osoby oglądające ceremonię regularnie mogą poczuć się znudzone. Jednak ja nie miałam dotychczas takiej okazji, tak na prawdę dopiero w tym roku wgłębiłam się w ten temat i obejrzałam całą ceremonię + relację z czerwonego dywanu i jestem bardzo zadowolona :).

W przyszłym roku chciałabym uprzednio obejrzeć nominowane filmy, bo wtedy oczekiwanie staje się jeszcze większe, jednak nie jestem pewna czy będzie mi to dane ze względu na dużą ilość nauki w przyszłym roku. W każdym razie choć nie oglądałam pozostałych filmów, uważam, że Anne Hathaway wygrała (najlepsza aktorka drugoplanowa) zdecydowanie zasłużenie i nie wyobrażam sobie by taka rola miałaby przejść obojętnie :). Choć bardzo polubiłam Hugh Jackman'a myślę, że nie było tutaj większych szans na wygraną (najlepszy aktor pierwszoplanowy) w starciu z Danielem Day-Lewis'em. Choć Jackman oczywiście dołożył jak najwięcej starań i również podziwiam jego pracę, nie była to tak fenomenalnie odegrana rola, która od razu zwróciłaby uwagę widza wbijając go w fotel, jak zrobiła to chociażby Hathaway, która pojawiła się w filmie zaledwie 10-15 minut.
Co do Naomi Watts, tutaj nie miałam żadnych złudzeń, jej gra aktorska w Niemożliwe była dobra, podobnie jak sam film, ale nie sądzę by należała do wybitnych. Poza tym dość prawdopodobne było, że statuetkę za najlepszą aktorkę pierwszoplanową zdobędzie Jennifer Lawrence, która staje się coraz bardziej popularniejsza. Sama też ją polubiłam, choć dotychczas nie widziałam z nią jeszcze żadnego filmu (Igrzyska śmierci jeszcze przede mną) za całokształt i sposób bycia :). Zobaczymy jakie będą moje wrażenia po Poradniku... Planuję obejrzeć resztę filmów, nie wiem jeszcze co pójdzie na pierwszy ogień, prawdopodobnie Życie Pi. Operacja Argo, Django, Wróg numer jeden niekoniecznie trafiają w mój gust, jednak myślę, że warto je obejrzeć. Z samej ceremonii co według mnie jest godne uwagi i co zapadło mi w pamięć? Z pewnością sławetny upadek Lawrence, trzeba z resztą przyznać, że wyszło jej to bardzo zgrabnie :D. Ceremonię urozmaicił taniec Channing'a Tatum i Charlize Theron oraz kilka występów musicalowych z czego najważniejszym dla mnie był występ obsady Les Miserables, który zdecydowanie im się udał i bardzo fajnie było usłyszeć ich głosy na żywo :) Poniżej filmik.
A co wy sądzicie o tegorocznym rozdaniu Oscarów? Śledzicie informacje, jesteście na bieżąco z filmami czy może nie jesteście zainteresowani? Napiszcie mi też o waszych typach, oczekiwaniach i być może rozczarowaniach.
Tymczasem kontynuuję moją leniwą sobotę, zabierając się do lektury :). A jak Wy spędzacie sobotę i niedzielę?

//źródło gifów tumblr

środa, 14 marca 2012

3# Filmowa środa


Tytuł : Noce w Rodanthe
Oryginalny tytuł : Nights in Rodanthe
Produkcja : Australia, USA
Reżyseria : George C. Wolfe
Scenariusz : Ann Peacock
Data premiery : 31 października 2008 (Polska) ; 26 września 2008 (świat)
Gatunek : melodramat
W rolach głównych : Richard Gere, Diane Lane
Opis : W filmie Nights w Rodanthe Diane Lane wciela się w rolę Adrienne Willis, która chcąc zerwać z pełnym chaosu życiem, znajduje schronienie w nadmorskim miasteczku Rodanthe na jednej z wysp u wybrzeża Karoliny Północnej, gdzie ma zająć się przez weekend gospodą znajomej. Ma nadzieję, że znajdzie tu spokój, którego tak bardzo jej potrzeba, by przemyśleć konflikty rozgrywające się w jej otoczeniu – z niewiernym mężem, który prosi ją o powrót do domu, i z córką, która podważa każdą jej decyzję. Niedługo po przybyciu Adrienne do Rodanthe, gdy w wiadomościach pojawiają się prognozy potężnego sztormu, w gospodzie pojawia się gość – dr Paul Flanner (Gere). Flanner – jedyny gość w gospodzie – wybrał się tu nie po to, by spędzić weekend, lecz by zmierzyć się z własnym kryzysem tożsamości. W miarę zbliżania się sztormu oboje szukają w sobie ukojenia i w jeden magiczny weekend nawiązują romans, który pozostanie na zawsze w ich pamięci.
Moja ocena : 7/10

Zapewne wiecie już, że Nicholas Sparks jest jednym z moich ulubionych powieściopisarzy. Co to ma wspólnego z filmem? Otóż od "Nocy w Rodanthe" rozpoczęłam przygodę z książkami tego autora. I właśnie ten film jest ekranizacją powieści Nicholasa Sparksa.
Byłam bardzo jej ciekawa. Pierwszym moim spostrzeżeniem był zaskakująco optymistyczny początek filmu, który zdecydowanie różnił się od wydarzeń przedstawionych w książce. Kolejna różnica to początkowa postawa głównego bohatera oraz zmiana zarysu fabuły. Jednak nie jest to minusem. Mimo wszystko adaptacja filmowa nie może być powtórzeniem każdego zdarzenia z książki. Wówczas całość stałaby się nudna.
W tym przypadku myślę, że lepiej znać treść książki. Ponieważ bez jej przeczytania nie zobaczycie miłości jaka połączyła bohaterów. Nie poznacie jej prawdziwości. Możecie uznać to za zwykły, przelotny romans i wyidealizowane uczucie. Uważam, że ten istotny element został przedstawiony zbyt zdawkowo. Ale nie należy do łatwych zadań przekazanie obrazem tego co ukazał pisarz. A tym bardziej Nicholas Sparks.
Choć znałam zakończenie, nie powstrzymało to potoku łez jaki wylałam na końcówce filmu. Dlatego serdecznie polecam Wam ten film, a biorąc pod uwagę to, że większość z Was jest tak jak ja "książkoholikiem" zachęcam do uprzedniego przeczytania książki.

***

Przypominam Wam o konkursie! I serdecznie dziękuję tym, którzy już się zgłosili :).

środa, 22 lutego 2012

1# Filmowa środa - "Spadkobiercy"


Jako, że staram się być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, oglądam sporo filmów, a nazwiska aktorów czasami szybciej łączę z twarzą niż własnych znajomych, postanowiłam wprowadzić do bloga strefę filmową. W weekendy wstawiam recenzję, a w środku tygodnia zawsze mam ochotę żeby napisać nową notkę, jednak nie ma pomysłów. Dlatego dziś powstaje Filmowa środa. W każdą środę pojawi się wpis na temat ciekawego filmu,serialu czy aktora, który według mnie zasługuje na chwilę uwagi. Mam nadzieję, że pomysł się spodoba. Czekam na Wasze opinie ;).

Tytuł filmu : Spadkobiercy
Oryginalny tytuł : The Descendants
Gatunek : dramat, komedia
Reżyseria : Alexander Payne
W rolach głównych : George Clooney, Shailene Woodley, Amara Miller, Nick Krause
Data premiery : w Polsce - 17 luty 2012r., na świecie - 10 września 2011r.
Opis : Gdy jego żona trafia do szpitala po wypadku, wpływowy biznesmen z Hawajów musi zaopiekować się dwiema kilkunastoletnimi córkami, z którymi wcześniej niewiele go łączyło.
Moja ocena : 7/10 - dobry

Dzisiaj na warsztat biorę film pt. "Spadkobiercy", który aktualnie możecie oglądać w kinach. Owego biznesmena, Matta, gra sam George Clooney. Człowiek, którego życie do tej pory obracało się wokół pieniędzy. Nie interesował się domem rodzinnym, unikał rozmowy o problemach. Kiedy jego żona zapada w śpiączkę, nie może już ich odkładać. Musi uporać się z własnym życiem i zaopiekować dwiema córkami, które zdecydowanie nie są aniołkami.

Dla mnie największym przesłaniem "Spadkobierców" jest banalny, ale jakże prawdziwy cytat "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Taka jest prawda. Odkładamy miłość na później, a później? Jest za późno. Zapominamy też o tym co mamy. Dążymy do bogactwa, którego nie wykorzystujemy. Zależy nam jedynie na gromadzeniu, na publicznej opinii. Ale przychodzi czas kiedy coś nas zatrzymuje. Pewne wydarzenie sprawia, że zaczynamy dostrzegać błąd jaki popełniliśmy. Ten film o tym mówi. Zdecydowanie warto go obejrzeć i zastanowić się nad własnym życiem zanim się wykolei, a my zatrzymamy się na pustym peronie. W filmie bywały momenty wzruszenia jak i śmiechu. Akcja nie należy do najszybszych, dlatego fani szybkiej akcji mogą się trochę nudzić.
Moją uwagę przykuła Shailene Woodley, grająca nastoletnią córkę Matta. Ładna dziewczyna przy odrobinie szczęścia i dużej ilości pracy zapowiada się na jedną z lepszych aktorek.
Film jest nominowany do 5 Oscarów i otrzymał 2 Złote Globy. Jest to ekranizacja książki o tym samym tytule.

Obejrzyj zwiastun