"Dobry adres" - Carrie Karasyov & Jill Kargman
Oryginalny tytuł : The Right Address
Data wydania w Polsce : 2005r.
Wydawnictwo : Wydawnictwo Literackie
Ilość stron : 441
Moja ocena : 4/6
Wilki w modnych ciuszkach - Carrie Karasyov & Jill KargmanChyba każdy z nas myślał kiedyś o sławie. Jedni odrzucili ten temat z góry, a inni – będący zdecydowaną większością – pogrążyli się w marzeniach o tym jak cudowne będzie ich życie, gdy staną w świetle reflektorów. Ale ten świat to nie tylko autografy, zdjęcia w czasopismach czy markowe stroje. Ani też ciężka praca. To walka o utrzymanie dobrego imienia i życie w ciągłym zakłamaniu. Słyszymy o tym coraz więcej, a filmy i książki ukazują prawdziwe oblicze wyniszczającej popularności.
Takich czytadeł jest mnóstwo i z grubsza nie różnią się fabułą. Przeważnie głównym bohaterem jest zagubiona dziewczyna marząca o towarzystwie znanych osobistości i rozgłosie. Wśród zamieszania w swoim życiu odrzuca przyjaciół i całkowicie oddaje się nowemu życiu. Ten świat ukazuje przed nią swoje prawdziwe oblicze, pełne fałszu, złośliwości i intryg. Jak się okazuje, bohaterka zupełnie do tego świata nie pasuje. Dostaje od losu ważną lekcję, wraca do prawdziwych przyjaciół, którzy przyjmują ją z otwartymi ramionami, staje się znana dzięki własnej pracy, źli dostają nauczkę i wszystko kończy się „happy endem”. „Wilki w modnych ciuszkach” również należy do tego typu książek i wiemy to już sięgając po nią. Jednak czasami właśnie na taki rodzaj książek mamy ochotę. Nie zawsze siadając do lektury oczekujemy publikacji, która zmieni nasz światopogląd i wzbogaci w wiedzę. Niekiedy mamy ochotę po prostu się zrelaksować przy ciekawej lekturze. Dlatego właśnie czytelnik sięga po
książkę lekką i przyjemną, z przewidywalnym zakończeniem, które poprawi nam humor.
Mimo prostej fabuły, główna bohaterka „Wilków...”, Julia, wcale nie jest naiwną szarą myszką, która przyjechała do Nowego Jorku, aby dotrzeć do śmietanki towarzyskiej. Wręcz przeciwnie. Jest przebojową dziewczyną z wyczuciem stylu i bijącym od niej optymizmem. Praca ekspedientki w znanym salonie jubilerskim Pelham ma jedynie przybliżyć ją do celu – projektowania eleganckiej biżuterii. W świat sławy zostaje wciągnięta przez dziedziczkę salonu, Lell Pelham oraz jej przyjaciółkę, Polly. Jest pionkiem w ich grze, w ich wyścigu o lepszą pozycję. Jednak eksperyment przestaje być bezpieczny, gdy Lell uświadamia sobie, że Julia nie jest pod jej całkowitą kontrolą, a między mężem sławnej dziedziczki i Julią rodzi się chemia...
W książce podobało mi się ukazanie historii z wielu stron oraz dobrze nakreślone postacie. Dzięki temu lektura stała się wielobarwna.Przedstawia nie tylko wielkomiejski świat, ale też problemy takie jak zdrada, odstawanie od grupy pod względem pieniędzy, nie okazywanie miłości dziecku. Umiejętnie wplecione osobiste przeżycia wzbogaciły prosty motyw książki. Ukazują one jak wielki wpływ na człowieka ma jego przeszłość, a w szczególności dzieciństwo.
„Wilki w modnych ciuszkach” to efekt współpracy Carrie Karasyov i Jill Kargman. Wyszło im to naprawdę nieźle i jestem zaskoczona, że w książce pisanej przez dwie osoby nie odczuwa się różnicy stylu oraz humoru pisarek. Ich pióro jest lekkie, a lektura przyjemna, choć czasem przeszkadzały mi przekleństwa. Ich ilość jest przystępna, lecz wtrącenie tych słów w danych momentach książki, wydawało się nie na miejscu. 
Często oceniam książki po okładce i myślę, że wielu z nas to robi jeśli znajduje się wśród książek, których recenzji nie czytał. Bowiem ciężko byłoby przeczytać opis każdej książki na półce w księgarni czy bibliotece. Dlatego trzeba dokonać wstępnej selekcji. I myślę, że patrząc na oprawę graficzną „Wilków...” oraz tytuł książki, nie zdecydowałabym się na nią. Nie są zbyt oryginalne i wydają się wręcz próżne. Natomiast oryginalna okładka jest ciekawa i pomysłowa. Dlatego jeśli lubicie książki o takiej tematyce, nie zrażajcie się.
W książkach takich jak ta, możemy przebierać bez końca. Jednak mimo przewidywalnej fabuły, „Wilki...” parokrotnie mnie zaskoczyły. Już pierwsze strony zachęcają do dalszej lektury, a czytelnik staje się ciekawy jak rozwinie się akcja, nie tylko przewodniego tematu, ale też tych pobocznych. Kilka postaci obdarzyłam sympatią, poczułam ukłucie żalu, uśmiechnęłam się. Z czystym sercem mogę polecić tę książkę komuś kto nie oczekuje jedynie zadumy czy szaleńczych zwrotów akcji, ale relaksującego wieczoru z ciepłym kocem, herbatą i książką.
Moja ocena : 4/6
Siedem pożarów Mademoiselle - Esther Villar
„Niesamowite oczy , perłowoszare i lekko zezujące, przez co zawsze wyglądały na nieco zdziwione(...). Gęste, ciemnoblond włosy, zwykle zwinięte w luźny węzeł, tak że kilka kosmyków opadało miękko na zachwycająco wydatne kości policzkowe. Usta – wedle konwencjonalnych standardów urody, o wiele za duże, o nieuszminkowanych, zmysłowych wargach, które gdy Mademoiselle się śmiała, odsłaniały idealnie równe, białe zęby.”
„(...) Od czasu do czasu wygłaszała jakiś komentarz, a wówczas każda rozmowa milkła momentalnie. Nikt nie chciał uronić choćby tonu jej głosu ani widoku eleganckiej linii szyi, gdy nachylała ku mnie głowę, ani baletu delikatnych dłoni gdy, kiedy demonstrowała mi sposób posługiwania się szczypcami do homarów. Jeśli przy okazji jej serwetka zsunęła się na dywan, wszyscy panowie rzucali się ją podnosić. Gdy prosiła o solniczkę, wyciągały się ku niej ręce ze wszystkich stron. Uśmiech, którym dziękowała za uprzejmość, był z pewnością bardziej interesujący niż dowolny spór polityczny, w jakim obdarowany owym uśmiechem szczęśliwiec mógł przed chwilą uczestniczyć. Goście, zwłaszcza panowie, prześcigali się w tasiemcowych monologach, mając nadzieję, że w ten sposób zwrócą na siebie uwagę Mademoiselle. Ktokolwiek znał choćby parę słów po francusku, wtrącał co chwila: N’est-ce pas, Mademoiselle? A gdy po zjedzeniu posiłku odchylała się wdzięcznie na oparcie krzesła, aby, jak zwykle, zapalić papierosa gauloise bleu, każdy chciał być pierwszym, który poda jej ogień.”
Posągowa piękność. Znacie takie określenie, prawda? Ale ilu z nas poznało je w praktyce? Na świecie jest mnóstwo pięknych kobiet, ale czy istnieją te, które zapierają dech w piersiach niemal każdemu i nie mają żadnego dostrzegalnego uszczerbku urody? Wszystko jest kwestią gustu, a człowiek staje się najpiękniejszy w oczach innego w momencie zakochania.
W książce „7 pożarów Mademoiselle” spotykamy jednak kobietę, która zachwyca wszystkich. Nie można przejść obok niej tak jak codziennie mija się na ulicy ludzi. Przykuwa uwagę każdego. Ubrania nie dodają jej uroku – to ona sprawia, że nawet najbrzydsze i zniszczone okrycie, staje się piękne. Ponieważ otrzymała od Boga niesamowity dar. Dar, który przynosi wiele dobrego, ale jest również utrapieniem. Ten dar to piękno.
Owa bohaterka to tytułowa Mademoiselle, francuska guwernantka Carloty, która opowiada nam całą historię z perspektywy minionych lat. Jak się okazuje, istnieje osoba, której nie urzeka uroda Mademoiselle. Jest nią Nick Kowalski, strażak, w którym pewnego niefortunnego wieczoru zakochuje się guwernantka. To właśnie od spalonej choinki tak naprawdę rozpoczyna się cała historia. Postać Mademoiselle na początku jest dla czytelnika tajemnicą. Czy to wyniosła bogini patrząca na innych z wyższością? – zastanawiamy się. Później jednak poznajemy ją bliżej. Ale ta nieco wybuchowa i ekscentryczna kobieta nie odsłania przed nami wszystkich tajemnic. Wciąż pozostaje zagadką, ponieważ nie łatwo przewidzieć jej kolejny ruch.
Natomiast Carlotę uchodzi za jeszcze większą ekscentryczkę. Już jako 12-latka ma niezwykle wyrazisty temperament. Tworzy niesamowite projekty i wynalazki. Przy prezydencie Kennedym nie odczuwa tremy, jest raczej znudzona. Otwarcie wyraża swoje poglądy. Choć czasami jej zachowanie razi, jest bohaterką, którą można polubić.
Mimo, że przedstawiona historia odbywa się w latach 60-tych ubiegłego wieku, nie odczuwamy tego. Podane daty są istotne głównie dla przedstawionych, drugoplanowych wydarzeń. Dla mnie jest to dużym plusem. Książka podzielona została na krótkie nieponumerowane rozdziały, które pozwalają samemu ustalić przerwę czytania w dowolnym momencie. Powieść czyta się lekko, a czasami zatrzymuje nas jakiś fragment, przy którym możemy zastanowić się nad pewnymi sprawami. Zapewnia lekturę z chwilą refleksji, ale przede wszystkim humorem(choć nie obiecuję salw śmiechu) i dystansem do życia. I tak należy do niej podejść – nie z oczekiwaniem na psychologiczny portret piromanki, ale interesującą, nieco zabawną opowieść.
W „7 pożarów Mademoiselle” zaskoczyła mnie spora ilość Europy. W opowieści, która dzieje się przecież w Waszyngtonie, często słyszymy o Francji, Niemczech, a nawet Polsce! I jak się okazuje autorka książki, Esther Vilar jest Niemką.
Choć niekiedy irytowało mnie zachowanie Carloty czy jej guwernantki to uważam, że było warto sięgnąć po tę książkę. Zapewnia nie tylko relaks. Jej fabuła i sposób narracji sprawia, że czytelnik staje się niezwykle ciekawy co wydarzy się później i jak potoczy się historia. Zakończenie książki mnie zaskoczyło, może nawet nieco rozczarowało, ponieważ spodziewałam się zupełnie innego obrotu akcji i morału, który niesie książka. Ale razem z Carlotą po przewróceniu ostatniej strony, pozostał we mnie żal, tęsknota i ciekawość...
„Miłość to religia z najmniejszą wspólnotą wiernych (...) W tej religii Bóg i wierny występują w stosunku jeden do jednego.”
Moja ocena : 4/6